Jak być szczęśliwy jeden człowiek

Od ponad 3 lat piszę na blogu o szczęściu. To tyle, ile w ogóle prowadzę bloga. Naturalnie, samo to nie daje mi absolutnie żadnej legitymacji, żeby móc odpowiedzieć na tytułowe pytanie: jak być szczęśliwym człowiekiem?, ale jako laik zgłębiam zagadnienia dobrobytu i psychologii pozytywnej od lat. Dlatego też, chcę w jednym miejscu podsumować wyniki moich … Pan Czapiński prowadzi od lat badania nad poziomem zadowolenia z życia Polaków i szeroko opisuje, jak być szczęśliwym. Dzięki tym badaniom (istnieją też inne, ale te są polskie, dlatego je biorę pod uwagę) wiemy, że owszem, istnieje zależność pomiędzy wysokością Twoich dochodów, a tym czy czujesz się szczęśliwy. Jak być szczęśliwym? Pieniądze szczęścia nie dają? W zależności od własnych wartości każdy będzie szczęśliwy inaczej. Myślisz, że to związek daje szczęście? A co jak będziesz sama? Nie trzeba mieć drugiej połówki, żeby być szczęśliwym. Jak być szczęśliwym? Czy można mieć szczęście bez pieniędzy? Jak być szczęśliwym? - to pytanie zadawali sobie ludzie od najdawniejszych czasów. Ze starożytnych tekstów filozoficznych wiemy, że pytanie to gnębiło wszystkich jeszcze na długo przed narodzinami Chrystusa. Odpowiedzi szukano zarówno w filozofii - szczególnie etyce, jak i religii. Pierwsza wskazówka, jak być zadowolony ze swojego życia - zestaw jakieś wielkie cele i sny warto żyć. Szczęśliwy człowiek nie marzy o wyjściu z pracy wcześniej, ponieważ nienawidzą swojej pracy, to oni ustawić swój wzrok na opracowanie zupełnie nowej kariery. Żadna kobieta nie może chyba tylko by żyć bez człowieka, w zasadzie, tak jak to zrobił bez nas. Ale nie wszystkie kobiety mogą pochwalić się, że mają takiego człowieka. Po tym wszystkim, w to, że nie tylko wokół ciebie, ale również bardzo lubi Ciebie, musisz zrozumieć, jak sprawić, by człowiek szczęśliwy. Krótko mówiąc, żeby zaznawać prawdziwego szczęścia, człowiek musi kochać i być kochany. Jeden z pisarzy biblijnych ujął to następująco: „Jeśli brak mi miłości, jestem niczym” (1 Koryntian 13:2, Komentarz żydowski do Nowego Testamentu). Na to, żeby nauczyć się okazywania i przyjmowania miłości, nigdy nie jest za późno. Owszem człowiek jest w stanie wiele zrobić – i to nie podlega najmniejszej dyskusji – jednak znacznie ważniejsze ... Żadna książka czy też osoba nie odpowie Ci wprost jak być szczęśliwym. Dlaczego? Każdy z nas jest inny – właśnie dlatego! ... Tym samym byłby szczęśliwy, bo jak wspominałem, to tak naprawdę w życiu Jak człowiek ma własny świat, to musi być szczęśliwy. Krystyna Feldman - aktorka Trzeba zwrócić uwagę na drugiego człowieka, bo być może jest to najbardziej dziś potrzebna i najistotniejsza forma bohaterstwa. Krzysztof Kieślowski Ćwiczę jogę, w życiu ważne są dwie rzeczy, sprawność fizyczna i dieta.

Trochę o aborcji, ale w sumie bardziej o czymś innym.

2020.10.06 14:09 Omega_Den Trochę o aborcji, ale w sumie bardziej o czymś innym.

Wytrzymajcie drodzy czytelnicy początek, proszę i doczytajcie do końca.
Wiecie,
mam potrzebę rozmowy, dyskusji na temat aborcji i rzeczy związanych dookoła niej.
Mam straszny z tym dylemat, bo samo myślenie o tym sprawia, że czuję się brudny. Nie mówiąc już o paskudnym uczuciu ,,krakania''.
Chciałbym jednak w miarę możliwości unikania takich górnolotnych zdań jak ,,przyjmowania krzyża na siebie''. Uniknijmy proszę dziś tej frazeologii. Spycha ona rozmowę nie na ten tor, na który bym chciał by poszła ta rozmowa.
Wiele się mówi po naszej stronie o zakazie aborcji, ochronie życia poczętego.
Wiele o tym myślałem. Bo jest to tak naprawdę jedyny logiczny prawnie sens.
No bo, skoro można zabić kilkumiesięczne dziecko z podejrzeniem downa w łonie matki, a już chwilę później urodzeniu ta sama czynność to jest mord. Albo, jeśli można zabić ciężko upośledzone dziecko, to dlaczego tego, które się rodzi z porażeniem mózgowym i niedotleniem przez źle przeprowadzony przez lekarza poród już nie można ? I jeden i drugi człowiek jest ciężko chory. I raczej bez cudu nie będzie mieć żadnych szans na jakiekolwiek samodzielne życie.
To gdzie jest tu logika ? No nie ma. Wiele o tym myślałem. O sensie utrzymywania przy życiu chorych ludzi. Porównywania tego do tego jak traktujemy zwierzęta i jeśli one rodzą się tak mocno chore, to nie każemy im cierpieć. DO głowy wpadały mi słowa papieża JP2 o nieuporczywej terapii etc. Ale co począć jeśli wszystkie organy zdrowe, tylko głowa nieodwracalnie uszkodzona ? Zaraz w całej ciągłości mojego rozumowania docierałem jedynie do tego, że jeśli pozwolimy na skracanie cierpień chorych (zabijanie) to w zasadzie kończymy na uśmiercaniu chorych psychicznie też etc. No bo gdzie postawić tą kreskę ? I na pewno będą kolejne przypadki wymagające kolejnego przekraczania tych kresek. A potem witamy na zachodzie, gdzie słyszy się już o strachu starszych osób przed lekarzami, bo zasugerują eutanazję...
Wiem, już pewnie w myślach ustawiacie mnie przy furgonetkach PRO-LIFE etc.
Ja nie o tym, ale chciałem i to z siebie wyrzucić.
Chodzi mi o upiorne słowa Mentzena, który w pewnym wywiadzie powiedział wpierw, że trzeba zachować każde istnienie i nie wolno absolutnie abortować żadnego człowieka.
Zaraz jednak dodał, że potem ciężar jaki spada na rodziny obarczone tak strasznym brzemieniem to już tylko i wyłącznie sprawa rodzin a nie państwa.
Nie jest to dla mnie do zaakceptowania.
Szczęśliwie w rodzinie nie mam tak ciężko chorego członka rodziny. Ale poświęciłem trochę czasu. Poczytałem wpisy rodzeństwa, osób opiekujących się chorymi.
O ich dosłownej gehennie psychicznej i fizycznej. O tym, że to jest częst opieka 24/7. Tak o, państwo niespecjalnie przymierza się, żeby realnie pomóc ludziom. Ale niech tylko chora osoba umrze, to zaraz sprawdzamy, czy na pewno to było naturalne, czy może ktoś mu nie skrócił cierpień ( i swoich też).
Uważam, że jeśli mamy iść serio w te zakazy aborcji, to powinniśmy wcześniej wdrożyć realną pomoc państwa dla takich rodzin.
Rozbudować całodobowe domy opieki społecznej czy o innej nazwie ośrodki. Zmienić też ich postrzeganie w społeczeństwie. Tak by oddając tam chorego, ludzie nie byli postrzegani jak ktoś kto zrzuca zbędny balast. Tylko jak ludzie oddający chorych do miejsc z lepszą opieką.
Fajnie się wytyka palcami i krzywo patrzy. Ale gdy czyta się wpisy kobiety, która ma 50 lat. Całe życie pomagała rodzicom zajmować się chorym rodzeństwem, a kiedy w końcu ten brat / siostra umarł, trzeba było zając się chorymi przez nieustanną pomoc rodzicom. W końcu i oni zmarli. I została ta kobieta sama. Bez jakiejś kariery, bez własnej rodziny. Wszak całe życie musiała się stale kimś opiekować. I teraz została sama. To już inaczej człowiek na to wszystko patrzy prawda ?
Uważam, ze marnowane pieniądze z 500 + na lumpenprolektorat powinny w pierwszej kolejności iść na pomoc właśnie takim rodzinom. W moim idealnym świecie, byłyby kumulowalne wolne dni dla rodziców. Tak, że po prostu przychodzi opiekun i siedzi 24h z daną chorą osobą a wtedy rodzice/ rodzina ma czas dla siebie. Idealnie byłoby to 2 dni w tygodniu przynajmniej. Tak żeby rodzice mogli wyskoczyć z żoną, mężem czy dziećmi na inną aktywność. Na chwilę się odstresować. Alternatywnie powinna być rozbudowana sieć DPS z wykfalifikowaną pomocą dla osób w wieku x ze schorzeniem y. Bardzo dobrze opłacaną i związaną wieloletnimi kontraktami, tak by uniemożliwić częstą rotację personelu. Jeśli się boimy, że ludzie tam będą oddawać chore dzieci na niby adopcję, to zawsze można zobowiązać rodzica do odwiedzin np. raz w tygodniu. Tylko to musi być na serio dobra i profesjonalna pomoc. Osobo ciężko upośledzonym umysłowo nie powinna tak bardzo to przeszkadzać zmiana opiekuna x na y. A dla reszty rodziny. To po prostu ulga. Gigantyczna ulga.
Jesteśmy już rozbudowanym i rozwiniętym społeczeństwem. I jeśli chcemy przestrzegać boskie prawo do życia co do joty. To powinniśmy również pomagać rodzinom obarczanymi tą tragedią.I nie możemy tu liczyć tylko na pomoc rodziny. Jak wiemy różnie z jej pomocą bywa. To rozwiązanie musi pochodzić od państwa. A pomoc ta, musi się rodzinom i chorym należeć.
Tragedie te przecież dotykają tych lepiej i gorzej usytuowanych. Bez pomocy państwowej profesjonalne całodobowe DPSy będą przecież nieosiągalne
Więć jeśli chcemy gdzieś rozbudowywać socjal, to właśnie w taką stronę.
Pomogłoby to wreszcie rozwiązać ten upiorny problem zostawiania dziadków/rodziców na święta w szpitalach. To nie jest przejaw okrucieństwa społeczeństwa. Tylko ich krzyk o pomoc i potrzeby choć chwili normalności.
Niestety medycyna w upiorny sposób istnieje w naszym życiu. Potrafimy utrzymywać chorych dekadami, ku ich i ich bliskich dłuższemu cierpieńu. A nie potrafimy ich uzdrowić. Skoro więc musimy czekać na dalszy rozwój medycyny, odciążmy chociaż bliskich.
Osobom, które za chwilę będą argumentować poprzez wyolbrzymianie niedociągnięć mojego pomysłu i przez co udowadniając jego bezsens już teraz pozdrawiam.
Również tych, którzy będą pisać, że lepiej by te pieniądze przeznaczyć na tych rokujących nadzieję (czyli w tzw. inwestowanie w człowieka)
Wywód mój jest po to by zaproponować drogę, którą można by iść by pomagać ludziom. Chorym i ich opiekunom. Jeśli zrezygnujemy jako państwo, z aborcji eugenicznej.
submitted by Omega_Den to konfa [link] [comments]


2017.01.01 11:54 Technolog Czego zazdroszczę normalnym ludziom. Opowieść o radości, smutku i problemie. [OC]

Opowieść która wyszła o wiele dłuższa, niż myślałem, o tym jak moja obsesja na punkcie karpia i inne moje dziwactwa doprowadziły dziś rano do spazmów śmiechu, po czym do moich smutnych konstatacji.
TL;DR na dole.
Moja obsesja w kwestii karpia jest dosyć znana wśród moich znajomych i nikt się specjalnie nie zdziwił, jak wczoraj na imprezie u znajomych, po którymś drinku dumnie poszedłem do kuchni usmażyć sobie karpia. Nie specjalnie wychodzi mi gotowanie pod wpływem, ale będąc pod wpływem, specjalnie mi to nie przeszkadza. :)
Lenistwo wygrało i zamiast karpia usmażyć sobie wcześniej w domu i na imprezie tylko podgrzać na patelni, smażyłem na imprezie od surowego. Oczywiście skończyło się to tym, że nie był usmażony wystarczająco, ale jak pisałem, w takim stanie mi to nie przeszkadza. Najebałem przyprawy do ryb co któryś kęs i smakowało.
Dziś obudziłem się nagle, przed świtem. W pierwszych sekundach, jeszcze wciąż nieco zamroczony alkoholem, nie wiedziałem co się dzieje. Gdy się dowiedziałem, to jednocześnie dwóch rzeczy. Dowiedziałem się, co się dzieje oraz, że prawdopodobnie nie zdążę.
Niedosmażenie karpia postanowiło dać o sobie zdać.
Biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, uznaję swoje osiągnięcie za pół-sukces. Tak, nie zdążyłem do ubikacji. Szczęśliwie przynajmniej zdążyłem wyskoczyć z łóżka, a że nie mam w domu dywanów, to straty nie okazały się znaczące.
Tak czy inaczej, kakofonia "fanfar" i hałasów przy otwieraniu drzwi do łazienki, obudziły moją dziewczynę, która spała w innym pokoju. Wybiega ona z niego i jej oczom ukazuje się nowe zabarwienie wykładziny w przedpokoju.
Z wrażenia zachłysnęła się powietrzem.
Duży błąd.
Kojarzycie smród własnej kackupy, prawda? Smród taki, że aż szczypią oczy.
Teraz zintensyfikujcie ten zapach po wielokroć.
Gdyż ponieważ kolejnym moim dziwactwem jest to, że po zakrapianej imprezie lubię się nawpierdalać jedzenia. Trudno nazwać tę czynność jedzeniem, to jest łapczywe wrzucanie w siebie jedzenia, wręcz zwierzęce.
A że nie chciało mi się już nic przygotowywać, niewiele myśląc dorwałem się do jednego ze słoików, którymi się czasem zaspokajam głód (bo trudno to nazwać odżywianiem się), gdy nie chce mi się dla siebie gotować. Słoik, który dziś w nocy opróżniłem, wyglądał przed opróżnieniem tak: https://secure.ce-tescoassets.com/assets/PL/314/5051007042314/ShotType1_328x328.jpg
Ponad pół kilo zupy grochowej przed zaśnięciem.
To w połączeniu z niedosmażonym karpiem spowodowało, że moja skacowana dziewczyna zachłysnęła się niemożliwym do opisania smrodem.
Drugi odruch: chciała biec do łazienki. Pierwszym był oczywiście wymiotny.
Pobiegła do zlewu w kuchni i zaczęła się naciągać.
Znowu zaczynam się śmiać jak to sobie przypominam. Im głośniejsze odgłosy wydawałem z łazienki (nie zdążyłem zamknąć za sobą drzwi), tym bardziej ją naciągało w kuchni z obrzydzenia. Im ona głośniej stękała w kuchni, tym ja bardziej pierdziałem, bo zaczynałem się śmiać. W końcu wybuchnąłem głośnym śmiechem, pierdząc przeraźliwie jednocześnie. Absurdalna komiczność sytuacji dotarła w końcu do świadomości mojej dziewczyny i też zaczęła się śmiać. Zaczęła się karuzela śmiechu, ja śmiałem się patrząc na pozostawione na podłodze w łazience brązowe ślady, ona patrząc na niegdysiejszą treść swojego żołądka w zlewie, oboje ryczeliśmy ze śmiechu przy nieustającym akompaniamencie dźwięków z mojej dupy, które powodowały kolejne eksplozje śmiechu.
To, że ludzie potrafią zesrać się ze śmiechu, nie jest legendą. Ruchy, które nasze ciało wykonuje śmiejąc się do rozpuku, mogą spowodować utratę kontroli nad jelitami i zwieraczem.
Szczęśliwie ja byłem już w tym szczególnym miejscu w mieszkaniu, w którym mi nie przeszkadzało, że srałem ze śmiechu.
W końcu udało nam się zatrzymać tę radosną karuzelę, ona zaczęła otwierać okna, ja podmyłem siebie, podłogę i kibel.
Ostatecznie zamknęła się w swoim pokoju, opatulona w łóżku, z mikrouchylonym oknem. Ja też postanowiłem zamknąć się w swoim, żeby nie smrodzić na całe mieszkanie, bo co prawda sraczka się skończyła, ale gazy nie, wobec czego mieliśmy jeszcze kilka napadów śmiechu przez zamknięte drzwi wywołane spontanicznymi odgłosami części ciała, która przydaje się także do siedzenia.
Teraz ona śpi, ale ja oczywiście kurwa nie dałem rady zasnąć, bo przylazły demony. Normalny człowiek po takim wspólnym uśmianiu się do łez, zasnąłby spokojnie sobie. Próbowałem. Do pierwszego szarpnięcia. I się wkurwiłem.
Zazdroszczę ludziom normalnym, bo nie wiedzą, jaką cenę ja płacę za bycie nieprzeciętnym. Nie chcę brzmieć tutaj wyniośle, ale spytajcie się siebie, kiedy ostatnio będąc samemu z partnerem w domu śmialiście się do łez.
My dzisiaj. I zdarza nam się to nierzadko. Gdy czasem pytamy o to jakąś parę, kiedy ostatnio śmiali się do łez będąc tylko we dwoje, niektórzy patrzą po sobie ze wstydem.
Ale zastanawiam się, czy taki śmiech nie jest odreagowaniem problemu. Problemu, którego ciężaru chyba nigdy nie zrozumie osoba, która go nie doświadczyła. Tak jak najedzony nie rozumie głodnego.
Czasem mocno rzucam się w trakcie snu, a w szczególności przed zaśnięciem. Moje byłe i aktualna mniej więcej raz w miesiącu doznawały jakichś lekkich obrażeń. Traktowaliśmy to jako niezbyt duży problem, bo nim nie był. Do czasu, aż pewnej nocy o mało nie wybiłem swojej ukochanej oka łokciem. Nie obyło się bez kurewskiego strachu i jazdy na pogotowie. Gałka oczna zakrwawiona w środku, pod okiem wielkie limo.
Od tego zdarzenia przestaliśmy spać w jednym łóżku. Miałem nadzieję przez jakiś czas, że może mi się polepszy, ale nie, szarpnięcia wciąż się zdarzały. Co jakiś czas spałem przy zapalonym świetle i nagrywałem swój sen na wideo, mam też apkę mierzącą fazy snu. Nadal się rzucam.
Są szczęśliwe pary, które śpią oddzielnie. Ale nie na etapie związku, gdy wciąż jesteśmy siebie głodni, gdy jeszcze nie mieszkamy razem. Półśrodków w postaci takiej, że ja z nią leżałem, czekałem aż zaśnie i wychodziłem do swojego łóżka, próbowaliśmy. Jak wychodziłem, ona się budziła i była smutna, że idę, jednocześnie miała świadomość, że jak zostanę, mogę jej niechcący wyrządzić prawdziwą krzywdę. Z eks zdarzyło mi się, że przygryzła sobie język, gdy się szarpnąłem śpiąc i uderzyłem ją w szczękę. Gdybym dowalił łokciem w szczękę z taką siłą, jak walnąłem swoją ukochaną w oko, to język by został zapewne odgryziony.
Duże łóżko? King size i tak za małe. I tak muszę mieć duże, bo jestem bardzo wysoki. To kolejna kwestia. Ja po prostu mam masę. Będąc kobietą średniego wzrostu, nie czujesz się bezpiecznie leżąc przy dwumetrowym, ponad stu-kilowym dryblasie, który może nagle szarpnąć się z całej siły albo machnąć ręką.
I w tym tkwi chyba największy problem. Poczucie bezpieczeństwa, bliskości, ciepła, którego nie mogę dać w łóżku na całą noc ani jej, ani żadnej innej kobiecie. Rzecz w tym, że ona nie potrafi nic poradzić na to, że pragnie tej bliskości całą noc, że czuje smutek, gdy budzi się w nocy, a mnie nie ma przy niej. A ja widzę ten smutek i jestem bezsilny. Ona chciałaby go ukryć, ale nie potrafi. Zdarzyło się, że płakała z tego powodu w nocy. Słyszałem, jak ją wczoraj na imprezie koleżanka pytała, czy wciąż nie śpimy razem w nocy.
Z tego powodu prawie zupełnie przestała zostawać na noc. Po co, skoro nawet jeśli uprawiamy seks, ja potem w końcu muszę iść do innego łóżka, a ona rankiem i tak obudzi się w pustym łóżku. Wspólne powroty z imprez są wyjątkiem.
Nie robiłem żadnych postanowień noworocznych, dla mnie to dziecinada. To znaczy jak ktoś ma ochotę i mu to pomaga, proszę bardzo. Wielu z nich nie udaje się zrealizować. Jak ktoś chce naprawdę postanowi coś zrobić, to zrobi nie z powodu daty w kalendarzu, ale z powodu wytrwałości i silnej woli, niezależnie od okresu w roku.
Natomiast te dzisiejsze wydarzenia spowodowały, iż rzeczywiście mam postanowienie. Wstępnie orientowałem się w temacie wcześniej i wiem, że są specyfiki ograniczające takie nocne zachowanie i nie mam tutaj na myśli jakichś ziółek z reklam telewizyjnych na problem nóg, ale odpowiednie leki przepisane przez lekarza specjalistę. Są specjaliści od zaburzeń sennych.
Wcześniej zdawało mi się, że trucie się chemią nie jest tego warte i moja dziewczyna podzielała ten pogląd. Leki te nie mają bardzo wysokiej skuteczności i nie likwidują problemu, ale go zmniejszają, co w moim przypadku uznałem za niewystarczające. Mój cios nawet słaby, może być silny. Jednak dziś postanowiłem przynajmniej spróbować. Do tego rozeznam temat głębiej, popytam tutaj na Reddit w jakichś odpowiednich miejscach jak sobie ludzie z tym radzą.
Na razie poza lekami, rozsądnym pomysłem wydaje mi się pewna konstrukcja. Zasadniczym problemem są moje ręce, którymi mogę wyrządzić prawdziwą szkodę jej głowie. Kopnięciami nogi dziewczynie nie złamię, najwyżej będzie siniec (był i to nie jeden).
Myślę o przesuwanej szybie ze szkła hartowanego o długości może niecałego metra, której krawędzie byłyby pokryte jakąś gumą albo pluszem. Przed zaśnięciem bym zsuwał szybę na łóżko. Wciąż byśmy się mogli widzieć, wciąż moglibyśmy się trzymać za dłonie w okolicach moich bioder, wciąż mogłaby grzać sobie stopy o moje nogi. Byłaby to jakaś bliskość, byłaby to prawdziwa bliskość z pewną niewygodą. Nie byłaby sama, budząc się w nocy. Byłbym tam, mogłaby mnie dotknąć. Ja nie byłbym sam. Chociaż mnie to w sumie aż tak nie przeszkadza. Ale bardzo mi przeszkadza to, że ją ta sytuacja smuci.
W międzyczasie pisania tego zdążyłem już się ucieszyć, poszedłem do niej położyć się na chwilę licząc na to, że ją to obudzi, nie przeliczyłem się i już cała w skowronkach robi śniadanie ze świadomością, że postanowiłem rozwiązać problem.
Ten post ma jakąś terapeutyczną wartość, zacząłem go pisać chcąc się jedynie podzielić anegdotą, trochę wyżalić. Ostatecznie podczas pisania zacząłem więcej o nim myśleć i podjąłem decyzję, żeby potraktować go poważnie i rozwiązać.
Nie mam pojęcia, czy komuś zechce się czytać tę ścianę tekstu, ale to raczej drugorzędna sprawa teraz już dla mnie. Chociaż jeśli ktoś dotrwał i ma jakieś inne pomysły na rozwiązanie naszego problemu, chętnie się zapoznam.
Zastanawiam się także, jak znaleźć kogoś, kto by mi taką konstrukcję wykonał. Może na lokalnym forum poszukam jakiegoś inżyniera-konstruktora. Bazą konstrukcji może mógłby być ścienny uchwyt na telewizor? Będzie na ten temat myślane.
TL;DR: Sraczka, rzygi, śmichy chichy, poważny problem, decyzja o jego rozwiązaniu.
submitted by Technolog to Polska [link] [comments]


2016.11.27 19:54 wincest_or_not Rodzinne dylematy

Jak będziecie mieli dzieci, to załatwcie im oddzielne łóżka, gdy zbliżają się do wieku około 10 lat.
Moi rodzice mieli małe mieszkanie i gdy moja druga, najmłodsza siostra przestała spać w łóżeczku, rodzice zdecydowali, że ja z 2 lata młodszą siostą, będziemy spać razem. Mieszkanie było naprawdę małe, jakieś 4-kilka m2, 2 pokoje. W jednym spali oni, w drugim (małym) miejsce było na jedno łóżko piętrowe i na piętrze ja spałem ze starszą siostrą.
Gdy byłem w wieku, gdy zacząłem się masturbować, ona oczywiście czasem to zauważała, ale nie bardzo wiedziała, co robię, tolerowała to tak samo, jak toleruje się pierdnięcia.
Pewnego dnia odkryłem, że jak się o nią ocieram, to też jest przyjemnie. No i tak czekałem, aż zaśnie i się ocierałem. Kończyłem zwyczajnie, na ręcznym, żeby plam nie miała.
Oczywiście byłem wtedy o wiele głupszy niż teraz i zakładałem, że jak ona nie reaguje, to na pewno śpi.
Pewnego razu coś się działo i byłem naprawdę zmęczony i od razu zasypiałem po pójściu do łóżka. Po kilku dniach siostra się pyta, czy się na nią obraziłem. Ja na to, że nie, a czemu pytasz? A ona, że bo od kilku dni się do niej wieczorem nie przytulam. Tak to określiła. Mały kurwiszonek już szukał atencji, jeszcze zanim dostała okresu XD
No więc zacząłem się przytulać zanim zasypiała. Coraz bardziej i bardziej. Moje ręce przytulały ją w różnych miejscach. Aż z czasem zaczęła mi "pomagać" przy dochodzeniu ręką.
To była rozkosz, której wcześniej nie znałem i uwielbiałem ją za to. Pomagałem we wszystkim, głównie w lekcjach, bo miała problemy z matmą. A ona uwielbiała, jak jej pomagałem.
Minęło wiele lat, zanim doszło do pierwszego, prawdziwego stosunku, który był niewypałem. Ją bolało, a mnie nie podobało się w kondomie. Swoją drogą, całować też zaczęliśmy się lata od "przytulania się".
W międzyczasie rodzice coś tam zaoszczędzili i zaczeli myśleć o nowym mieszkaniu. No ale mieli dylemat, bo nawet w czteropokojowym nie byłoby "salonu", tylko cztery sypialnie. Gdy starsza siostra usłyszała kiedyś ich rozmowę na ten temat, wypaliła, że ja z nią nadal możemy mieszkać w jednym pokoju. Ci się ucieszyli i przeprowadziliśmy się do mieszkania, w którym nie dosyć, że z siostrą mieliśmy jeden pokój, to na dodatek w nim jedno łóżko. Rodzice niczego nie podejrzewali. Siostra była już nastolatką, załatwiła sobie pigułki i ruchaliśmy się jak króliki, czasem 3 razy pod rząd.
Dopiero na studiach dowiedziałem się od kumpli, że kobiety często jęczą w trakcie seksu. Dla mnie wcześniej każde porno, w którym kobieta jęczała, wydawało mi się sztuczne. Jak wróciłem pewnego weekendu do domu, to powiedziałem o tym siostrze. Gdy nikogo nie było w domu, spróbowaliśmy z jęczeniem, ale wydawało nam się to głupie i nienaturalne. Wiecie, po setkach stosunków w absolutnej ciszy człowiek się przyzwyczaja.
Nie wiem, co będzie dalej. Aktualnie siostra studiuje w tym samym mieście, co ja, mamy wspólne mieszkanie i żyjemy jak para. Tylko unikamy czułości w miejscach publicznych. Jest dobrze, nie wyobrażam sobie, aby inna kobieta była w stanie tak bardzo mnie rozumieć. Z siostrą znamy się przecież od urodzenia, nie da się kogoś bardziej poznać, nie?
Obawiam się, co będzie po studiach. Może po prostu jak zaczniemy zarabiać, wynajmiemy jakąś kawalerkę dla niepoznaki, żeby rodzina i przyjaciele mogli mnie lub ją w niej odwiedzać. No ale taką maskaradę do końca życia mamy prowadzić? Dziecka z wiadomych przyczyn mieć nie chcę, zaadoptować też przecież nie pozwolą rodzeństwu.
Ciekawe, że drugą, najmłodszą siostrę traktuję jak siostrę. Widzę, że już dorosła i jest ładną kobietą, ale jest dla mnie zupełnie aseksualna.
Tak więc powtarzam, zadbajcie, żeby wasze dzieciaki miały osobne łóżka, bo inaczej mogą z nich wyrosnąć takie zboki, jak ja i moja ukochana siostra.
Z tym, że ja pomimo świadomości, że to niewłaściwe, bo młodszą siostrę traktuję normalnie, jak siostrę, ja i moja starsza siostra, chcemy być szczęśliwi. A jesteśmy szczęśliwi tylko będąc ze sobą, żyjąc jak para.
Sam nie wiem, po co to piszę. Coming-outu nie zrobimy, religijni rodzice by nas pewnie wyklęli. Rzucić wszystko i wyjechać zagranicę? Nawiązałem dużo przyjaźni na studiach i kocham swoją dużą rodzinę... Sam nie wiem.
submitted by wincest_or_not to Polska [link] [comments]


2016.05.05 13:09 ben13022 O co walczy Adam Bodnar? (Rzecznik Praw Obywatelskich)

Poczytam panu: "Zacznij bronić praw polskich obywateli, a nie innych, pseudorzeczniku" Lato 2015 roku. Płk Krzysztof Olkowicz dopiero co wyszedł spod pręgierza. Sąd uznał, że złamał prawo, bo jako szef Okręgowego Inspektoratu Służby Więziennej w Koszalinie zlitował się nad schizofrenikiem i zapłacił za niego 100 złotych grzywny, by mógł wyjść z aresztu, gdzie trafił za kradzież batonika. Olkowicz wie, że wyrok, choć publicznie uznany za farsę, kończy jego karierę w służbie publicznej.
Dzwoni do niego Adam Bodnar, którego Sejm głosami Platformy i SLD wybrał właśnie na rzecznika praw obywatelskich. - Przyjmie pan stanowisko mojego zastępcy?
Olkowicza zatkało. Zgodził się bez wahania. Siedzi przed telewizorem, ogląda przesłuchanie Bodnara w Senacie, które ma rozstrzygnąć jego losy. Jeden z senatorów PiS pyta Bodnara, czy jest osobą wierzącą.
To koniec, myśli wtedy Olkowicz, tego mu nie darują. Przeciwko głosuje klub PiS, atmosfera napięta, bo również senatorzy Platformy kręcą nosem, że Bodnar zbyt lewicowy, nie unika tematów aborcji, praw osób homoseksualnych, adopcji przez nich dzieci, in vitro. Jego kandydatura przechodzi dwoma głosami.
Olkowicz dostaje od Bodnara zadanie: sprawdzić jakość życia skazanych, w tym chorych psychicznie. Znajduje prawie sto przypadków jak ten: we Wronkach siedzi niepełnosprawny psychicznie, ojciec trójki niepełnosprawnych dzieci, mąż niepełnosprawnej żony. Groził sąsiadowi, kryminaliście, poszedł siedzieć na cztery miesiące. Olkowicz interweniuje, czeka na decyzję sądu.
Znajduje też kuriozalne sprawy. W więzieniu siedzi 82-latek. Jechał po pijanemu rowerem. Olkowicz odwiedza go za kratami, widzi dziadka, który płacze: wypił piwo, jechał rowerem, dostał grzywnę i zakaz poruszania się rowerem. Niedługo potem pojechał do sklepu, zapakował ziemniaki na rower i prowadził, by było lżej. Policja zawiozła go do aresztu, bo złamał "zakaz prowadzenia roweru". Olkowicz słucha staruszka, który żali się, że sam łapał złodziei na kolei, że żona mu wcześnie zmarła, dzieci wychował, chciał tylko sobie ziemniaków nagotować.
Olkowicz wychodzi od niego z mokrymi oczami, ale i wściekły. Wróciła mu wiara, że można zmienić system. Idzie zadowolony do Bodnara.
Bodnar z wyrzutem. - Dlaczego nie sprawdził pan reszty?
Olkowicz: - Pomyślałem: facet ma rację. Sprawdziłem wszystkie, okazało się, że większość podchodzi pod łamanie praw człowieka.
Ibisz mówi w telewizji
Rodzina Adama Bodnara ze strony ojca trafiła na Pomorze z Podkarpacia, w ramach akcji "Wisła". Matka pochodziła z rodziny chłopskiej, wielodzietnej, z Kieleckiego.
To matka dyscyplinowała go do nauki. Zdystansowana, zasadnicza. Ojciec ciepły, towarzyski. Ale to matka wszczepiła mu kult nauki i pracy. Bodnarowie mieli trochę ziemi - truskawki, ziemniaki, buraki. Pracowała przy tym cała rodzina. Gdy idzie do liceum, spiera się z mamą o PRL, krytykuje system bez wyjątku. Matka broni: awansu społecznego, obowiązkowej edukacji, mieszkań, pracy, opieki socjalnej. Bodnar tego nie rozumiał, słuchał Jacka Kaczmarskiego o więzieniach, strajkach, ZOMO, czytał Jacka Kuronia.
Podstawówkę i liceum kończy na piątkach i szóstkach. Gdy ma czwórkę, przeżywa to cała szkoła. Kujon? Nie, mówi, dyscyplina i ambicje. Dostaje się w liceum do Krajowego Funduszu na rzecz Dzieci, programu wspierającego młode talenty. Jeździ do Warszawy, poznaje profesorów, którzy dają mu do lektury Ajschylosa, Herodota. Jest pedantycznie zorganizowany, prowadzi kalendarz dnia, gdzie wpisuje nawet oglądanie "Teleexpressu". Słucha Depeche Mode, gra na komputerze, sportu raczej nie uprawia. Wybiera prawo, bo matka mówi, że musi być konkret, a Krzysztof Ibisz w telewizji, że dobra uczelnia to gwarancja sukcesu.
Studiuje na Uniwersytecie Warszawskim, mieszka w akademiku. Na pierwszym roku współpracuje ze stowarzyszeniem Nigdy Więcej, by walczyć o prawne zakazy działania faszystowskich grup. Zostaje asystentem posła Unii Wolności, ale widzi cwaniaka - to go od polityki odrzuca.
Panie Boże, czy jechać do Budapesztu?
Zanim Bodnar powiedział senatorom, że nie wierzy, chodził do kościoła w Gryficach, a na studiach do warszawskiej św. Anny. Wciąga go młoda żona, którą spotkał na początku studiów. Jest ze Śląska, z pobożnej rodziny. Jej ojciec służy do mszy, rozdaje komunię. W kościele św. Anny Bodnar słyszy głębokie, intelektualne kazania, szczerze się modli, chodzi do spowiedzi. Ale gdy dostaje się na roczne studia na uczelni George'a Sorosa w Budapeszcie, żona mówi mu: ja albo Budapeszt. Wsparcia nie ma także od jej rodziny. Pyta o radę księdza w konfesjonale i słyszy: jechać, wola Boża.
Adam Szafrański, prawnik, znajomy Bodnara ze studiów, spytał go wtedy, czy przystąpi do wydziałowego kółka różańcowego. Wierzący studenci codziennie odmawiali tajemnicę różańca. - Jeszcze niedawno bym się zgodził, teraz już nie - odpowiada mu Bodnar tuż przed rozwodem.
Jeszcze przed Budapesztem trafia na staż do Weil, Gotshal & Manges, kancelarii prawnej o światowej sławie. Student na garnuszku rodziców dostaje dwa razy większą niż oni pensję.
Siedziba kancelarii jest na 20. piętrze biurowca Warsaw Financial Center. Rozmawiam z Piotrem Tomaszewskim. 15 lat temu był szefem Bodnara. Pochodzi z rodziny prawniczej, doświadczenia zbierał m.in. w kancelarii w Chicago. Wysoki, koło pięćdziesiątki, w markowym garniturze. Uśmiech i spokój wojennego negocjatora.
Trzeba uważać, bo można ciężko pracować dziesięć lat, a po jednym błędzie zniszczyć sobie karierę, reputację firmy, dlatego nie ma tu zbyt dużo miejsca na słabość. Adam idealnie się w to wpasował, był totalnie dostępny, zorganizowany, precyzyjny, szybko się uczył naszych zasad, nie ulegał przesadnie emocjom.
Bodnar: - Nie mogę powiedzieć o Piotrze złego słowa. Pamiętam, robiłem ważne zlecenie, a miałem chorego ojca. Powiedział: jedź do ojca, bo do końca życia będziesz żałował, że tego nie zrobiłeś.
Wymienialny
Swoje powodzenie w tamtych latach Bodnar tłumaczy skromnie fartem: - Załapałem się na rozwój rynku, zachodnie firmy były głodne młodych i wykształconych.
W kancelarii Weil, Gotshal & Manges zostaje rzucony na głęboką wodę: program emerytalny dla PZU Życie, wejście na giełdę PKO BP. Jest cały dla firmy w zamian za pieniądze, rozwój i atmosferę "we are the best". Gdy dostaje się na studia do Budapesztu, firma płaci mu przez rok studiów, ale podpisuje z nią cyrograf - wróci i odpracuje co najmniej trzy lata.
Mam wtedy też poczucie, że zarabiam przesadnie dużo, wydaję na fanaberie, koncerty, płyty. Czuję, że coś mi ucieka. Podczas studiów poznałem prof. Mirosława Wyrzykowskiego, Wiktora Osiatyńskiego, którzy mieli w sobie szczerość i mówili o prawach człowieka - to mnie pasjonowało. I choć prowadziłem z tego zajęcia na uczelni, było to tak daleko od mojej pracy.
Przełomem jest moment, gdy Bodnar po przygotowaniu prospektu emisyjnego PKO BP dostaje kartkę świąteczną od pracownicy banku. Pomyślał, że na kartce mogłoby być nazwisko innego prawnika, że jest wymienialny.
Prof. Osiatyński mówi mu: jest taka fundacja. Bodnar coś tam słyszał, ale nie za bardzo. Rzuca kancelarię w 2004 roku, gdy zarabia 200 tysięcy złotych rocznie. Rzuca świat adrenaliny, drogich gadżetów, zachcianek i zamienia na dwa razy mniejszą pensję w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, która jest organizacją pozarządową, finansowaną z dotacji.
Tomaszewski: - Byliśmy trochę źli, gdy odchodził. Ale drugiej takiej osoby, która odrzuciłaby nasz świat dla takiej jak on idei, już nigdy nie spotkałem.
Bodnar: - Czasami myślę, że byli źli, bo może sami chcieli to rzucić. Przecież nie są maszynami. Ale nie mogą, bo adrenalina, bo "pociąg już odjechał", bo wpadli w kredyty, żal gadżetów, wakacji na antypodach, dobrych szkół dla dzieci.
Obrona Starucha i CIA
Pytam Bodnara, co pchało go do świata pomocy innym, społecznikostwa. Długo się zastanawia. - Na początku, na studiach, byłem raczej technokratą. Bardziej zajmowały mnie procedury prawne niż los ekspedientek w Biedronce.
Ale gdy jeszcze przed fundacją odbywał staż rządowy w Strasburgu i bronił interesów Polski przed roszczeniami obywateli, wiedział, że stoi po złej stronie barykady. - Bo to obywatele mieli rację, im należała się pomoc. Źle się tam czułem.
W Helsińskiej Fundacji tworzy program spraw precedensowych. Zrobił tabelkę spraw do rozwiązania: zniesławienia z art. 212 kodeksu karnego, opresyjne tymczasowe aresztowania, przeludnienie w więzieniach. W kilka tygodni orientuje się, że to jego świat, bo tak wiele do zrobienia. - Czytam skargi, wnioski, spotykam się z ludźmi i widzę bagno jeśli chodzi prawa człowieka w Polsce.
Poznaje A.M., która straciła dziecko przy porodzie w więzieniu, bo nie przyszedł lekarz na czas, a i tak był nim dermatolog. Barbarę Wojnarowską, matkę dwójki niepełnosprawnych dzieci, której lekarze odmówili badań prenatalnych. Fundacja idzie do Sądu Najwyższego, ten przyznaje kobiecie odszkodowanie. Angażuje do tych spraw rzeszę prawników, którzy pracują pro bono.
Gdy policjant zostaje zwolniony z więzienia, ale ma siedzieć przez weekend, bo poczta nawala, Bodnar chwyta za słuchawkę, dzwoni do dyrektora aresztu - policjanta wypuszczają.
HFPC z Bodnarem wygrywają w Strasburgu sprawę Marszu Równości w Warszawie, którego zakazał Lech Kaczyński. Kilka miesięcy później zakazał go w Poznaniu Ryszard Grobelny. Też wygrywają. Efekt - dziesięć lat później nowe prawo o zgromadzeniach, które odpowiada standardom demokratycznym. Nikt od tamtego czasu nie odważył się zakazać marszu.
Gdy policjant z HIV zostaje odsunięty od służby, Bodnar idzie do Trybunału Konstytucyjnego, wygrywa.
Broni przywódcy kibiców Legii Warszawa "Starucha". Uznał, że zatrzymanie było "polityczno-prewencyjne". Ma rację, "Staruch" zostanie uniewinniony, a Bodnar zbierze punkty u prawicy, która ze "Staruchem" sympatyzuje.
Bodnar pracował w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka dwa miesiące, gdy w 2004 roku na swoim biurku zobaczył CV Dominiki Bychawskiej, studentki prawa. Posadził ją w malutkim pokoju, wyjął komputer i pokazał prezentację programu spraw precedensowych, którymi miała się z nim zajmować.
Były ciężkie momenty, gdy płakałam, bo był bardzo wymagający, miał szybkie tempo pracy. Widać to teraz - śmieje się Bychawska - gdy został RPO. - W fundacji tempo zwolniło, jest mniej korpo. Skupiamy się na trzech zadaniach, nie dziesięciu, nie ma wyciskania z człowieka każdej kropelki, nie ma telefonów w nocy albo w święta. Bodnar przyniósł świat korpo - marynarki, krawaty, a w innych takich organizacjach są swetry, trampki. Ale to Adam nauczył mnie etyki pracy, dokładności. Nie wiem, skąd bierze paliwo, wolę zmieniania świata. Zobacz, mówił zawsze, gdy wątpiłam w sens jakiejś sprawy, każda taka mała wygrana sprawa to mała zmiana świata.
Bardzo się cieszy z tych małych spraw. Gdy dostał podziękowanie z przedszkola za pomoc w programie integracji z niepełnosprawnymi, powiesił je na ścianie.
Ale największa sprawa HFPC to więzienia CIA. Przeciwko fundacji występują wtedy politycy, nawet dziennikarze, a Bodnar domaga się ujawnienia informacji o więźniach trzymanych i torturowanych przez CIA w Kiejkutach. Wkroczył prokurator, ruszyło śledztwo, pojawili się pełnomocnicy torturowanych.
Bierze z biurka konstytucję, czyta na głos fragment preambuły. - "...Pomni gorzkich doświadczeń z czasów, gdy podstawowe wolności i prawa człowieka były w naszej Ojczyźnie łamane, pragnąc na zawsze zagwarantować prawa obywatelskie, a działaniu instytucji publicznych zapewnić rzetelność i sprawność...". Albo mówimy wszystko, albo ten zapis jest dla wybranych.
Prof. Maria Frankowska z Uniwersytetu w St. Louis, matka znajomej Bodnara z czasów kancelarii Weil, Gotshal & Manges, jest dla niego intelektualną matką. Opowiada o Bodnarze i patrzy w okno melancholijnie, jakby wspominała jego dzieciństwo.
Bodnar, jak mówi Frankowska, jest szalenie ambitny, przez to może rozbija swoje rodziny, ale: "Lepiej zrozumiemy świat, gdy przyznamy, że wszyscy wokół są szaleni" - Frankowska cytuje mi Marka Twaina.
Bodnar rozstaje się z drugą żoną, z którą ma dwójkę dzieci, ale pokojowo. Zauważa później, że łatwiej mu teraz zrozumieć ojców, którzy walczą o opiekę nad dziećmi.
Gdy jeden z mężczyzn nie mógł widywać się z córką, Bodnar poszedł ze sprawą do Strasburga. Wygrał, osobiście zawiózł ojcu list.
Rzecznik, Strasburg, prezydent
Karolina Bodnar ma własną praktykę prawniczą. Specjalizuje się m.in. w prawie rodzinnym, współpracuje pro bono z Centrum Praw Kobiet i Helsińską Fundacją Praw Człowieka.
Ktoś mi powiedział o Adamie: jest tak skuteczny, bo nie ma empatii. Nie wiem. Bo... chyba tak dobrze go nie poznałam, a może nie mogłam lub nie umiałam. Niewiele spędziliśmy razem czasu, nie potrafił. Głowę miał ciągle w pracy. Kiedyś pojechaliśmy na dwutygodniowe wakacje, wytrzymał z dziećmi tylko tydzień, wszystko go drażniło. Nie jest narcyzem zapatrzonym w siebie, ale potrafił się obrazić, złapać focha. Czasami lubiłam z niego pożartować, nie cierpiał tego. Nasze małżeństwo rozpadło się, choć próbowałam, dawałam wiele szans. Problemem nie były inne kobiety. Miałam wrażenie, że małżeństwo traktował jak projekt. Gdy już nie chciałam, namawiał: no daj spokój, przecież jest dobrze, nie rozumiem.
Związek rozpadł się z powodu jego całkowitego oddania pracy, idei. Byłam w dziewiątym miesiącu ciąży, nadzorowałam ekipę budowlaną, robiliśmy remont mieszkania. Jak w końcu przyszedł, robotnicy zapytali: a pan do kogo?
Kafelki? Wybierz, mnie wszystko jedno. Wakacje? Tam gdzie wybierzesz. Nie mieliśmy wspólnoty przeżyć.
Jako intelektualista odnalazł się w prawach człowieka, bo jest szlachetny, ale też uważał, że prędzej zrobi karierę w tym temacie. Już dziesięć lat temu mówił, że marzy mu się rzecznik praw obywatelskich, potem sędzia Trybunału w Strasburgu. Mama Adama marzyła, by został prezydentem, a jego brat generałem wojska. W przypadku obydwu jest już blisko. Czy bym na niego zagłosowała, gdyby kandydował na prezydenta? Bez wahania. Ma moralną busolę, szacunek do zasad, pasję. Wszystko totalne.
Bodnar zastanawia się, patrzy na mapę z kolorowymi szpilkami, która wisi w gabinecie RPO. Choć jest rzecznikiem, od sierpnia zjechał już całą Polskę, wysłuchuje ludzi, zbiera ich problemy, jak ostatnio w Białymstoku, gdy słuchał o mniejszościach wyznaniowych, jak w Świnoujściu, gdy mężczyzna opowiedział mu o problemach z orzecznictwem chorób zawodowych. Cały czas w drodze, w samochodzie, w pociągu albo w biurze.
5.47, SMS od rzecznika
Prof. Monika Płatek mówi mi z przymrużeniem oka, że były dwie kandydatury, które najlepiej nadawały się na stanowisko rzecznika praw obywatelskich: jej i Bodnara. Ale przyznaje, że Bodnar ma nad nią przewagę: nie czekał na poparcie, zgłosił się i poddał ocenie organizacji obywatelskich. - To nie człowiek, który leci na stanowisko. Znam go, pracuję z nim na uczelni. Ma ambicje, ale i dużo pokory. Prof. Ewa Łętowska zapoczątkowała okres, gdy rzecznik nie był lubiany przez władzę, Bodnar będzie to kontynuował.
Płatek jest pytaniem zdumiona: - Ależ Bodnar porzucił miraż!
Gdy Bodnar zostaje rzecznikiem, zaczyna od wielkiego spotkania z blisko 300 osobami w wynajętym kinie. Łączy się telekonferencyjnie z biurami terenowymi, na ścianie pokazuje prezentacje o reformach biura. Do RPO, podobnie jak wcześniej do HFPC, wjechało korpo.
Polecenia od Bodnara w biurze idą od rana Facebookiem, mailem, SMS-em. Pracownicy prowadzą codzienny ranking: kto otrzyma najwcześniej, tego sprawa jest najważniejsza.
Andrzej Stefański, dyrektor projektów regionalnych w biurze RPO, dostał o 5.47: "Jest sprawa hejtu Joanny Grabarczyk. Proszę spojrzeć na jej profil. Niefajnie się z tym czuję, trzeba coś zrobić". Jeśli SMS przychodzi dopiero o 7.00, sprawa ma niski priorytet. W sobotę o 6.00 rano pracownicy otrzymali maila, by zająć się sprawą mężczyzny, który żyje z synem w trudnych warunkach, pisze o tym sobotnia gazeta lokalna w Gdańsku. Stefański w głowę zachodził, skąd Bodnar o tym wiedział, bo przecież był na konferencji w Hiszpanii. O godzinie 23.50 w sobotę Bodnar dostał odpowiedź: odwiedziliśmy go, nawiązaliśmy kontakt z urzędem.
W ciągu kilku dni w styczniu twittował, esemesował o: uregulowaniu statusu mieszkań na gruntach spółdzielczych, zmianie prawa dotyczącego stwierdzenia zgonów, związkach zawodowych dla pracujących na śmieciówkach, odszkodowaniach dla osób represjonowanych za działalność po 1946 r., niepełnosprawnych w więzieniach, dzieciach chorych na dyskalkulię, które nie są w stanie uczyć się matematyki.
Ma dziesięć osób, które zajmują się skargami kasacyjnymi, przeglądają blisko 3 tys. spraw. Bodnar chciał więcej ludzi, ale PiS właśnie mu zabrało 3 mln zł z 38 rocznego budżetu.
Patrzy w sufit: - Miałem jednego profesora, miły człowiek, ale w Senacie mnie atakował.
Otwiera komputer. - Nie widziałem jeszcze za mojego życia takiej nienawiści. Poczytam panu: "Zacznij bronić praw polskich obywateli, a nie innych, pseudorzeczniku". Jest imię, nazwisko piszącego, widzę, że mieszka w Kielcach. "Nie chcę być obywatelem takiej Polski, w której taki jak pan działa, sram na nią, bo przez 50 lat takie bydlaki, świnie okradały naszą Polskę. Niech ta muzułmańska banda obetnie wam wasze łby i zgwałci wasze dzieci". Jest imię, nazwisko, zdjęcie, są znajomi.
Na portalu, który ma w nazwie "christiana", czytam, że Bodnar daje "posłuch lewackim podszeptom". Ale próbuje mediować także w Kościele. W Poznaniu jest na spotkaniu z anarchistami, następnego dnia idzie do arcybiskupa.
Szykujemy się do wyjścia z kancelarii przed 22.00, rozjedziemy się metrem. Bodnar, gdy może, zostawia służbowy samochód. Nie chce, jak mówi, zepsuć się przywilejami. Zgodził się poświęcić mi pół dnia, choć innego zwijał się wcześniej, by odebrać synów ze szkoły.
Przysiada na krawędzi fotela, przeprasza, bo jeszcze wysyła w nocy SMS-y do pracowników, zadania na następny dzień. Zaciska zęby: - Cholera, no, spokoju mi nie daje, że nie damy rady sprawdzić tych 3 tysięcy spraw z kasacjami. Przecież gdzieś mogą siedzieć ludzie niewinnie skazani.
CV Adam Bodnar
źródło: http://wyborcza.pl/duzyformat/1,151083,19706709,o-co-walczy-adam-bodnar.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


Jak może jeden człowiek być 'they?' - Szybka Lekcja ... Każdy może być szczęśliwy - Bogusław Szedny Jak być szczęśliwym człowiekiem? - Mądre, szczęśliwe życie Janusz Pyda OP  Bądź jak drzewo! Jak być szczęśliwym w związku ?

Jak być szczęśliwym człowiekiem — 4 rady

  1. Jak może jeden człowiek być 'they?' - Szybka Lekcja ...
  2. Każdy może być szczęśliwy - Bogusław Szedny
  3. Jak być szczęśliwym człowiekiem? - Mądre, szczęśliwe życie
  4. Janusz Pyda OP Bądź jak drzewo!
  5. Jak być szczęśliwym w związku ?

W tym odcinku wytłumaczę jak się używa 'they,' 'their,' i 'them' jak się mówi o jednym człowieku. Nagrane w Granadzie, España Dzięki za wasze wsparcie i za w... http://tnij.org/madrezycie-html Powiem Ci, że te wszystkie przekonania to wierutne BZDURY Nie urodziłeś się, potrafiąc chodzić, prawda? Nie urodziłeś się, po... Biblia za pomocą trafnych porównań podpowiada, jakie cechy ma człowiek szczęśliwy, a jakie nieszczęśliwy. W tym odcinku Janusz Pyda OP wyjaśnia, dlaczego warto być jak drzewo i jak żyć ... - kiedy człowiek się budzi ... - każdy może być szczęśliwy - za trudne rzeczy jestem wdzięczny bo nauczyłem się kim nie jestem ... Jak być szczęśliwym ... Jak stworzyć szczęśliwy związek z dziewczyną. - Duration: 28:35. ... Jak być szczęśliwym? ... Przeciętny Człowiek 344,593 views.